NAPISZ DO MNIE: waflowo@gmail.com
Spis moli

wtorek, 07 września 2010
wyzwaniowo: "Rain Man" reż. Barry Levinson

Na pierwszy rzut poszedł „Rain Man”, laureat Oskara z 1988r. Dlaczego? Ano dlatego, że ten film interesował mnie już od jakiegoś czasu, ale brakowało mi motywacji.

Charley, sprzedawca samochodów popada w kryzys, musi szybko spłacić kredyty. Do tego doszły kłótnie z dziewczyną. Jak pech to pech, mawiają. Umiera ojciec Charleya. Samojciec obchodzi go tyle co zeszłoroczny śnieg, ale wychodzi na jaw, że posiada starszego brata Raymonda – na dodatek cierpiącego na autyzm. Charley jedzie do ośrodka poznać brata, któremu ojciec zostawił w spadku okrągłą sumkę… Charley to wyrachowana szuja, licząca na pieniądze chorego brata. Wstydzi się jego choroby i oczywiście jej nie rozumie, a najczęstszy tekst to „nie zachowuj się jak idiota”. Raymond jest autystyczny, ale jednocześnie jest geniuszem. Bardzo szybko liczy i ma świetną pamięc dosłownie do wszystkiego. W wyniku desperacji Charley porywa Raymonda z ośrodka i panowie spędzają razem tydzień, dla obu bardzo znaczący.

Tak jak różni są bracia Babbit, tak samo ich odtwórcy. Tom Cruise w „Rain Manie” jest jeszcze przed swoją wielką karierą, ten film to w zasadzie trampolina do sukcesu, natomiast Dustin Hoffmann rolą autystycznego Raymonda tylko ugruntowuje swoją pozycję i udowania talent pokazany już w „Tootsie” czy „Motylku”. Ich aktorstwu nie można absolutnie niczego zarzucic. Co jednak kuleje to scenariusz – przydługawy i przynudnawy. Osobiście oglądałam film w dwóch częściach. Do tego nierzeczywiste, typowe hollywoodzkie poprowadzenie postaci Charleya. Jak jeszcze zachowanie Raymonda jest konsekwentne, tak Charleya już nie. To znaczy przemiana z bezwzględnego biznesmena w brata do rany przyłóż jest niezbyt wiarygodna. Bardzo też rozczarowała mnie muzyka. Cenię Hansa Zimmera, ale tutaj kompletnie mnie nie przekonał.

Podsumowując, film był inny niż się spodziewałam. Gorszy. Zostając przy tematyce bliskiej chorej osoby, o wiele bardziej poruszył mnie „Adam”. Pozostając w tematyce oskarowej, wygrana Dustina Hoffmanna to akurat bez żadnych wątpliwości, jedyna słuszna opcja. Co do najlepszego filmu, „Niebezpieczne Związki” Stephena Frearsa, majstersztyk jeśli chodzi o filmy kostiumowe, zostały bardzo pokrzywdzone i dla mnie to one powinny zgarnąć statuetkę. Jeśli zaś traktując film obiektywnie, to jest to typowy amerykański obyczaj w gwiazdorskiej obsadzie.

moja ocena: 6/10

20:20, paper-lanterns , filmoteka
Link Komentarze (7) »
sobota, 27 marca 2010
Burton w króliczej norze i czarnoskóra księżniczka

Ostatnimi czasy:

a.) mam depresje związaną z maturą (wiem, za rok będę się z tego śmiała)

b.) uczę się dzień i noc

c.) oglądam filmy

Moje ostatnie lektury to odmóżdżająca saga o Sookie Stackhouse pani Charlaine Harris (której to poświęcę osobną notkę) więc i tym razem napiszę o filmach.

Miałam niedawno okazję obejrzec dwie Disneyowskie produkcje - blockbuster "Alicja w Krainie Czarów" oraz "Księżniczka i Żaba". Co mnie skłoniło do napisania o tym? Ten pierwszy to był mój absolutnie numer jeden w tym roku - bo Burton, bo Depp, bo Alicja. No i psikus. Natomiast druga, już animacja, do której przyznaję się, podchodziłam sceptycznie BO TO JUŻ nie to samo co "Piękna i Bestia" czy "Pocahontas". I tutaj też byłam zaskoczona. No ale do rzeczy.

Tak jak napisałam wcześniej - to był mój pewnik. Uwielbiam Burtona (szczególnie "Dużą Rybę" i "Miasteczko Halloween"), do tego Johnny Depp, którego może nie uwielbiam ale bardzo szanuję i podziwiam. No a przede wszystkim niesamowita historia, znana chyba każdemu, dająca naprawdę ogromne pole do popisu. Niestety, Burton spaścił na całej linii. Scenariusz jest bardzo zły. Niepotrzebnie zmieniony, momentami wręcz nudny i boleśnie banalny. Kapelusznik w wydaniu Deppa mnie odrzucał, wyobrażałam sobie tę postac całkiem inaczej, tutaj wydawała mi się niepotrzebnie przekombinowana, szczególnie wizualnie. Może to co napiszę wyda się krzywdzące, ale mam wrażenie że od paru dobrych filmów, gdyby Depp nie był przebrany, nie odróżniłabym żadnej z jego ról... Alicja to taka szara, ładna myszka ale niezbyt charakterystyczna. Tak naprawdę moimi numerami jeden jest gąsienica Absalome obdarzona głosem Alana Rickamana oraz kot z Cheshire, którego miałam ochotę przytulic - był taki uroczy, cyniczny i puchaty! To oraz ogólny obraz Krainy Dziwów to wg mnie jedyne pozytywne strony. Boli mnie, że Burton tak spadł. Albo się wypalił albo za bardzo Disney go ograniczył (to dlaczego się zgadzał). Mam nadzieję tylko, że jeszcze kiedyś uda się mu zaskoczyc, ale pozytywnie. Pytanie na koniec - na co tutaj to 3D? Efekty mnie nie powaliły, ot raz ręka wylazła z ekranu. Niezbyt krozystnie to wpłynęło...

Po tych gorzkich słowach przejdę do drugiej pozycji na wspomnienie której samoistnie się uśmiecham. "Księżniczka i Żaba" przypomniały mi dzieciństwo! To właśnie ten stary, dobry Disney, którego pamiętam i którego mi brakowało.

Tiana, mieszkanka Nowego Orleanu od dzieciństwa marzy o otwarciu luksusowej restauracji. W tym celu dnie i noce spędza w pracy jako kelnerka. Wszystko zmienia się gdy na jej drodze staje egoistyczny i snobistyczny książe zmieniony w żabe. Obiecuje jej pieniądze w zamian za pocałunek, który go odmieni. Zdesperowana Tiana decyduje się wbrew sobie i cóż, zamienia się żabę! Aby wszystko odkręcic muszą znalezc starą szamankę zamieszkującą puszczę. Już pomijam fakt tradycyjnej animacji (bez zarzutu) ale w tej bajeczce jest magia. Prześliczne piosenki (o dziwo polski dubbing jest całkiem dobry), uroczy bohaterowie no i Nowy Orlean and all that jazz! Śmieszą mnie uwagi typu: Disney chce byc poprawny politycznie dlatego zrobił czarnoskórą księżniczkę. Pff! Właśnie takie czepianie dowodzi jakiś uprzedzeń. Dzieci nie zwracają uwagi na taki nieistotny szczegół jak kolor skóry, niektórzy dorośli powinni brac z nich przykład. Oprócz tego bajka przekazuje uniwersalne wartości jak przyjaźń, miłośc czy uczciwosc czyli coś co powinno byc przekazywane dzieciom. Ostatnie bajki jednak robione są pod dorosłych - tak zauważyłam. Cóż więcej mogę tutaj dodac - jak coś mi się podoba, to specjalnie się nie rozpisuję, o!

 

19:55, paper-lanterns , filmoteka
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 lutego 2010
Blogowy debiut czyli... film. "Fish Tank"

Może się wydawac, że blog zginął śmiercią naturalną ale nadal trwa, dla mnie nastały ferie więc pośród zaplanowanych powtórek do matury mam plany go trochę ożywic. Dlatego też, żeby przełamac okres posuchy postanowiłam napisac recenzję filmu. Zbierałam sie zeby to zrobic od... stycznia? :)

Na pierwszy rzut wybrałam niedawno obejrzany film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, laureat nagrody festiwalu w Cannes, brytyjski "Fish Tank".

15-letnia Mia mieszkająca wraz z matką i młodszą siostrą gdzieś na Wyspach jest buntowniczką. Przeklina, nie chodzi do szkoły, bije się, a przede wszystkim jest bardzo zamknięta w sobie. Z otoczeniem porozumiewa się monosylabami, pomrukiem albo wcześniej wspomnianymi obelgami. Jedyną rzeczą w której się odnajduje to taniec - podczas niego zamienia się w niewinną, zagubioną dziewczynę z pasją. Jej życie i sposób postrzegania zmienia się wraz z pojawieniem się nowego kochanka matki, Connora.

Z początku temat wydawał mi się oklepany. tańca jest ostatnio zbyt dużo, wszędzie. Ogłupiające programy w TV, nic nie przekazujące filmy. Tutaj jest inaczej bo taniec jest tylko jednym z elementów, które mają jakiś wpływ na Mię.

Dziewczyna wychowywana bez ojca, przez matkę, której życie sprowadza się do kolejnych imprez, w dzielnicy gdzie nie ma większych perpektyw niż podwórkowy gang czy praca w sklepie wcale nie wydaje się wyróżniac ponad innych. Oprócz pasji i gdzieś głęboko ukrytego pragnienia lepszej przyszłości i czułości, której nigdy nie zaznała.

W tym momencie trzeba przejśc do drugiej kluczowej postaci wspomnianego wcześniej Connora. Facet zjawia się znikąd a spotkanie tych dwojga w kuchni będzie miało na Mię wielki wpływ. To właśnie on da Mii poczucie bezpieczeństwa i uczucia (przynajmniej chwilowego), sprawi że nastolatka poczuje się "chciana" i wysłuchana.

Jednak kolorow nie jest, bo życie tych kolorów za wiele nie ma. Casting na który dostaje się Mia, traktowany przez nią jak przepustka do lepszego życia okaże się klapą, uczucie pomyłką. Ale na przekór wszystkiemu pewne przypadkowe spotkanie będzie światełkiem w tunelu.

Co mnie się podobało, to ukazanie Wielkiej Brytanii z tej szarej, smutnej strony, takiej jaka istnieje w każdym kraju - miejsce bez perspektyw mimo możliwości. Dodatkowo Mia, typ człowieka którego się nie lubi, noszącego w sobie jakiś żal i zło. Film pokazuje, że nic nie dzieje się bez przyczyny a czasami niewiele pozwoli się takiej osobie otworzyc. Wszechobecne przekleństwa aż rażą ale ludzie nie potrafią inaczej się porozumiewac. W pamiec zapadło mi, kiedy młodsza siostra Mii zamiast powiedziec do niej: kocham cię, burczy: nienawidzę.

Tak naprawdę nie tylko Mia odgrywa tutaj kluczową rolę. Matka - samotna matka, odnajduje się tylko na imprezach, na których może zapomniec o swoim przegranym życiu, czuje się doceniona i zapomina, że ma dzieci, którymi trzeba się zajac. Connor, normalny człowiek, gdzieśtam normalnie żyjący, w dzielnicy slumsów wyrasta na miarę boga, przepustkę lepszego życia i namiętnego kochanka. Tytułowy staw to dla niego właśnie dzielnica Mii. Wszystko łatwo przychodzi. Dla Mii staw to symbol rodziny. Tam właśnie Connor zabiera dziewczyny na wycieczkę i to właśnie tam dziewczyna odczuwa co to rodzina i co to troska.

To wszystko składa się na niezbyt optymistyczną wizję przyszłości ale otwarte zakończenie daje nadzieje, że może chociaż jednej z tych osób się udało. I ja byłam dumna z Mii, której kibicowałam ale z którą z pewnością bym się nie zaprzyjaźniła, ba, która przez pierwszą częsc filmu okropnie mnie denerwowała.

15:51, paper-lanterns , filmoteka
Link Komentarze (4) »