NAPISZ DO MNIE: waflowo@gmail.com
Spis moli

piątek, 06 sierpnia 2010
"Confessions of an ugly stepsister" Gregory Maguire

Od kiedy przeczytałam "The Wicked" wiedziałam, że moja przygoda z prozą pana Maguire dopiero się zaczęła, a jak weszłam na jego autorską stronę, to oczka mi się zaświeciły. Tyle fajnych książek! Wybór tym razem padł na opowiesc o Kopciuszku z perspektywy złej siostry.

W dalekim Harleemie, do domu kupca Van der Meera pojawia Margaret z dwoma córkami, Iris i Ruth. Piersza choc bystra i zaradna nie grzeszy urodą, druga jest opóźniona w rozwoju więc pożytek z niej żaden. Przybywają z odległej Anglii gdzie poznały strach i głód. Udaje im się zostac w domu kupca. Iris, które jest w zasadzie główną bohaterką książki jest zafascynowana przepiękną córką kupca, która rzadko opuszcza swój pokój i jest owiana aurą tajemniczości. W dodatku Clara, potem zwana potem Kopciuszkiem, sama uważa się za "Podmienione dziecko" i nie potrafi się do tego uwolnic co skutkuje jej kompleksami, zamknięciem w sobie i złośliwością. Kiedy Margaret zostaje panią domu nadchodzi kryzys a rodzinę może uratowac jedynie małżeństwo Iris z księciem. Ale czy Książe zwróci na nią uwagę? Czy to małżeństwo będzie gwarantem błogiej przyszłości? Jaką rolę odegra tutaj pomocnik malarza Caspar? I na koniec, czy pozornie szczęśliwe zakończenie baśni, do końca takie jest?

Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron. Wydawało mi się, że autor skupi się tylko na glównej osi powieści, którą wszyscy znamy, z tym że zmieni perpektywę. On poszedł dalej, poznajemy bowiem ciężkie przeżycia Macochy i jej córek, kulisy tulipanowej gorączki, jest więcej informacji o rodzicach Kopciuszka. Co najważniejsze, postacie, a głównie Macocha, nie są wybielone, jak mogłoby się wydawac. Jest tą samą, znaną wariatką, która nienawidzi Kopciuszka, ale tutaj dowiadujemy się, dlaczego tak było. Ciężka przeszlosc spowodowała u niej strach przed biedą i głodem, była w stanie zrobic dosłownie wszystko, byle przezyc. Sam Kopciuszek nie jest święty, jej charakterowi daleko do tej znanej łagodności, ale też nie bierze się to z niczego. Klosz w którym żyła przez tyle lat, porwanie, które spowodowało traumę, następnie presja rodziny - zaznała szczęścia dopiero pod koniec życia. I wcale nie było to życie u boku Księcia.

Co do samej przyrodniej siostry Iris, to jest ona przykładem na to, że utarty schemat zrobił z niej wrednego brzydala. Dziewczyna nie była ani brzydka, ani ładna. Jednak jeśli cały czas wszyscy powtarzają ci, że jesteś beznadziejna i że nie czeka cię nic innego prócz klasztoru, można popasc w kompleksy. Jednak to ona okazuje się największą zwyciężczynią, dzieki swojemu uporowi odnajduje miłosc i szczęście.

Naprawdę przepiękna historia, do której ja z pewnością wrócę nie raz. I wcale nie taka obca, cały czas przewijają się znane motywy, wszystko jest wyjaśnione. Skąd wziął się pomysł karety z dyni, kim tak naprawdę była Dobra Wróżka i czy to aby napewno myszy przygotowały balową suknię. Na koniec dodam, że kulisy słynnego balu i poświęcenia Kopiuszka wywołały karpia na mojej twarzy! Od tej pory już nic nie będzie takie samo ;)

Liczę na to, że jakieś wydawnictwo poważnie weźmie się za tłumaczenie książek pana Maguire, jeśli już dwie były doskonałe, wierzę w resztę :)

środa, 04 sierpnia 2010

Do recenzji książek nie mogę sie zabrac więc odpowiadam na łańcuszek tuszem po szybie:

1. Do jakiego kraju, miasta, miejsca chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą? Jaka to była książka? A może już w takim miejscu byłaś? W takim razie jak wypadła

Zainspirowana panem Zafonem i jego "Cieniem wiatru" bardzo chciałabym zwiedzic uliczki Barcelony, posłuchac śpiewnego hiszpańskiego i poczuc atmosferę tego miejsca. To jest takie moje "must seen", może nie w najbliższej przyszłości ale tej dalszej napewno. Drugim takim moim marzeniem jest Londyn, będzie mi ciężko przytoczyc tytuł bo w zasadzie większosc książek, które czytam są związane jak nie tylko z Londynem, to przynajmniej z Wyspami :) W zasadzie bieg przez wrzosowiska albo zielone pola gdzieś w Szkocji czy Irlandii też by mnie zadowolił :D

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem? Czy jest to ręcznik rozłożony na pięknej plaży, a może leżaczek na balkonie, a może jeszcze jakieś inne?

Przeważnie jest to moje osobiste, bardzo wygodne łóżko ale w zasadzie jestem typem, który może czytac zawsze i wszędzie, nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach :) Teraz kiedy pracuję jest to akurat przyjemne, bo na krzesełku w słoneczku bądź pod parasolem.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania w wakacje.

Nie będzie to jedna książka ale cykl Charlaine Harris o Sookie Stackhouse. Są to książki lekkie i przyjemne, ja osobiście czytam je pomiędzy innymi książkami. Fajne zapychacze, a do tego naprawdę ciekawe i zabawne :)

4. Czy masz jakąś książkę lub autora do których wracasz w okresie wakacyjnym?

Oczywiście! Jest to cykl Lucy Maud Montgomery o "Ani z Zielonego wzgórza" :)

5. Egzemplarze jakiej książki rozrzuciłabyś najchętniej w letnich pociągach i samolotach, tak by przeczytało ją jak najwięcej wakacjowiczów?

Nie lubię nikomu niczego narzucac, ale gdybym musiała, no to byłaby cieniutka książeczka "O myszach i ludziach" pana Steinbecka. To ważna książka.

6. Czy czytasz ostanią stronę lub ostatni rozdział przez rozpoczęciem właściwej lektury? Czy kiedykolwiek zepsuło Ci to przyjemność czytania?

Staram się tego nie robic, ale czasami pokusa jest silniejsza. Jak byłam mała i coś bardzo mnie nęciło, to czytałam ostatnie strony, żeby upewnic się że bohaterom się ułoży i potem już spokojna o ich losy, czytałam dalej :)

7. Jak często czytasz książki więcej niż jeden raz i jaką książkę udało Ci się przeczytać największą ilość razy?

Niestety nie mam czasu wracac do książek tak często, jakbym chciała jednak najczęściej czytałam "Anię z Zielonego Wzgórza" chyba 4 razy,"Władcę Pierścieni" bo 3 razy i "Harry'ego Pottera" 2 razy - chodzi tu oczywiście o wszystkie tomy. Jeśli chodzi pojedyńcze to "Cień wiatru" 3 razy i "Tam gdzie spadają anioły" Doroty Terakowskiej 2 razy. Lista książek do których chiałabym wrocic, bo np. z wiekiem inaczej patrzy się na pewne sprawy, cały czas się powiększa...

09:18, paper-lanterns , prywatnie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 lipca 2010
"Hotel Transylvania" Chelsea Quinn Yarbro

„Hotel Transylvania” miał być obietnicą dobrej, wampirze lektury i tą obietnicą niestety pozostał. Rekomendacje i porównywania do Anne Rice skutecznie zachęciły mnie do przeczytania. Nie jestem (jeszcze, bo coraz częściej wpadają mi w łapki) specem od wampirzych opowieści, pozostaję dość wierną fanką Anne Rice i Charlaine Harris, gdzie wizje tych istot najlepiej mi odpowiadają choć są tak skrajnie różne.

Pani Chelsea Quinn Yabro postanowiła połączyć klimat Anne Rice z XVII Francją. Tajemniczy hrabia Sain-Germain przybywa do Francji, gdzie poznaje prześliczną, dopiero wkraczającą na salony Madeleine. Ucieleśnienie cnót wszelakich od razu wpada mu w oko, na początku ma do niej ojcowski stosunek, potem obiera to inny kierunek. Żeby nie było tak nudno i schematycznie autorka dorzuca nam krąg satanistów, którzy organizują sobie orgie i jako ofiarę wybierają, no zgadnijcie kogo, Madeleine. Jak to się skończy, raczej wiadomo.

Trochę subiektywnie przytoczyłam fabułę ale ona naprawdę jest taka naiwna i nieskomplikowana. Na samym początku przyczepię się do tych satanistów. To było śmieszne i niepotrzebne, rozumiem, że to chęć nadania akcji powieści, ale jeśli już, to niechże to będą naprawdę okrutne typy, opisy ich orgii i tych wszystkich przygotowań wywołały u mnie reakcję tzw. „podniesionej brewki”. Nie kupuję tego. Kolejna rzecz – główni bohaterowie. Tajemniczy hrabia Saint-Germain był męcząco nieskazitelny, a jego bycie wampirem było mało ciekawe. Ot tyle, że się napił krwi i nosił ziemię w butach (to było ciekawe, autorka mogłaby skupić się na takich ciekawostkach). Żadnej głębi w nim nie było. Madeleine wyróżniała się spośród setek innych panien tym, że czasami udało jej się zripostowac jakąś złośliwość. Jej rozmowy z ukochanym hrabią są żenujące („Och mój boski Saint Germain” itp.). Ich miłość bez ikry, namiętności i taka nagła była bardzo nieprzekonywująca. Co najbardziej mnie śmieszyło to wymyślne imiona – Saint-German, Saint-Sebastien, de la Sept-Nuit. Dla nieznającego francuskiego męczące, ja sama się pogubiłam, wszyscy zlali mi się w jedno.

Zaczynam się zastanawiać, co w tej książce mi się podobało. Opisy ubrań, bardzo szczegółowe i plastyczne, to na plus. I chyba jeszcze tylko okładka wydawnictwa Rebis. Ale to już chyba nie zasługa pisarki :) Apeluję, jeśli szukacie lektury o wampirach, już nawet Zmierzch będzie minimalnie lepszy, bo tam się przynajmniej coś dzieje. Jeśli to ma być coś o tradycyjnych krwiopijcach na wzór Draculi, to tylko Anne Rice trzyma poziom.

czwartek, 22 lipca 2010
"Rzym" Steven Saylor

Odkąd pamiętam interesowały mnie książki i filmy związane ze starożytnością, szczególnie właśnie Rzym. Cywilizacja tak młoda a jakże dumna i bogata, miasto którego mieszkańcy czcili setki różnorakich bożków uciskając różnowierców, teraz będące kolebką chrześcijaństwa. Cudowny przykład na „psikus” losu.

Historyk Steven Saylor, autor cyklu „Roma sub rosa” (którego nie dane mi było przeczytać, ale po lekturze „Rzymu” chyba szybko nadrobię braki) zdołał w tym opasłym tomie ująć narodziny Rzymu, jego rozwój, zachodzące zmiany, aż do momentu stania się Imperium pod panowaniem Oktawiana Augusta. Powieść składa się z 12 rozdziałów, które są osobnymi opowiadaniami. Ich łącznikiem jest rodzina Potycjuszów i Pinariuszów – dwa najstarsze rzymskie rody. Bohaterowie nie są postaciami stricte historycznymi ale w tle zawsze pojawiają się legendy jak Romulus i Remus, Tarkwiniusz Pyszny, Cezar czy Marek Antoniusz.

Wszystkie opowiadania są wyjątkowe, odkrywają niezwykłe ciekawostki, rzeczy o których wcześniej nie miałam pojęcia. Wprowadzenie boga Fascinusa, który czuwa nad Rzymem i żyje w amulecie przekazywanym z pokolenia na pokolenie rozbudza wyobraźnie i splata losy mnóstwa ludzi. Co jeszcze mi się podobało, to w każdym opowiadaniu mamy do czynienia z innym bohaterem. Mamy tu patrycjuszy, plebejuszy, westalki, niewolników – całą gamę, przez co można poznać życie w starożytnym Rzymie z każdego punktu widzenia. Saylor, nie upiększa historii, rzetelnie przekazuje zdobytą wiedzę wplatając ją w ciekawe historie przez co naprawdę nie można się oderwać już od pierwszych stron. Autor do każdego opowiadania stworzył mapki obrazujące rozrastanie się miasta. Sama nie wiem co jeszcze napisać, żeby polecić tę książkę. Ostatnio mam dobrą passę jeśli chodzi o lektury, a dla zainteresowanego tymi klimatami – pozycja obowiązkowa.

Co zawsze fascynowało mnie w kulturze rzymskiej to już nie sama mnogośc Bogów ale te ich wszystkie rytuały, wiara w przenikanie się świata przyrody, Bogów i ludzi, niezwykła dbałosc o tradycje. Trochę brakuje tego nam, ludkom współczesnym, niestety.

Ostatnio jakoś mam krzyzys blogowy. Moje recenzje są jakieś drewniane, jak czytam Wasze blogi wiem, że mój się nie umywa ale może moja wiara w to, że zacznę pisac bardziej porywająco przełoży się faktycznie na jakosc pisania. Najbardziej wkurza mnie to, że nie potrafię naprawdę zachęcic do książek, które mnie zachwyciły. Łatwiej mi coś po prostu zjechac. No ale to tylko taki mój "twórczy" bełkot.

piątek, 09 lipca 2010
"Księga Małgorzaty" Judith Merkle Riley

W końcu udało mi się usiasc i napisac chociaż jedną recenzję. Przechodzę teraz burzę zmian w życiu. Mam pierwszą, dumną pracę – kasuję bilety i już niebawem świat usłyszy o mnie jako o mistrzu kasy fiskalnej J Padłam ofiarą oszusta przez co finansowo jestem bardzo do tyłu no i na dniach dowiem się czy dostanę się na wymarzone studia. Wszystko jest w stanie zawieszenia i jestem można powiedziec niczyja dlatego czekam aż wszystko się ułoży J

Tymczasem chciałabym napisac o ostatnio przeczytanej przeze mnie powieści. „Księga Małgorzaty” to trzecia książka Judith Merkle Riley, którą przeczytałam i niestety, najsłabsza.

Akcja toczy się w średniowieczu (coś ta epoka nie chce mnie opuścic ostatnio) a jej główną bohaterką jest Małgorzata, która posiada niesamowity dar uzdrawiania dany jej przez Boga. Prowadzi dostanie życie u boku zamożnego kupca i ukochanego męża, który spełnia jej marzenie i pozwala opisac jej przygody. W tym celu najmują tajemniczego i oschłego brata Grzegorza. Losy bohaterki są naprawdę burzliwe. Małżeństwo z tyranem, oskarżenie o czary, życie w skrajnej biedzie – dużo by przytaczac. Z chwilą kiedy Małgorzata dochodzi do teraźniejszości, historia tak naprawdę się zaczyna.

I tutaj ten największy mankament. Okazuje się, że cała historia to dopiero wstęp, a ja nie lubię wstępów. Szczególnie 300 stronicowych. Mimo w miarę interesująco zarysowanej historii, książka jest o niczym. Małgorzata jest dosyc płaską postacią, najbardziej interesujący jest brat Grzegorz, bo za wiele o nim nie wiemy.

Losy bohaterki nie są wybitne i czytając cały czas miałam wrażenie, że to już kiedyś było. Zbyt dużo przynudzania, zdarzało mi się omijac strony, bo wiedziałam, że nic interesującego nie wyczytam. Brakowało mi tego „czegoś, co było w „Czarze wyroczni” i „Ogrodzie węża”, które mogę polecic z ręką na sercu. Tak sobie myślę, że to może było zaplanowane. Dzieje Małgorzaty z Ashbury składają się z trzech tomów i być może Riley dawkuje przyjemność ale taką akcją może zniechęcic do zapoznania się z dalszymi losami średniowiecznej bohaterki.

Może kiedyś przeczytam dalsze tomy, ale dopiero jak wpadną mi w ręcę, bo sama ich na gwałt nie będę niestety poszukiwac.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14