NAPISZ DO MNIE: waflowo@gmail.com
Spis moli

wtorek, 27 lipca 2010
"Hotel Transylvania" Chelsea Quinn Yarbro

„Hotel Transylvania” miał być obietnicą dobrej, wampirze lektury i tą obietnicą niestety pozostał. Rekomendacje i porównywania do Anne Rice skutecznie zachęciły mnie do przeczytania. Nie jestem (jeszcze, bo coraz częściej wpadają mi w łapki) specem od wampirzych opowieści, pozostaję dość wierną fanką Anne Rice i Charlaine Harris, gdzie wizje tych istot najlepiej mi odpowiadają choć są tak skrajnie różne.

Pani Chelsea Quinn Yabro postanowiła połączyć klimat Anne Rice z XVII Francją. Tajemniczy hrabia Sain-Germain przybywa do Francji, gdzie poznaje prześliczną, dopiero wkraczającą na salony Madeleine. Ucieleśnienie cnót wszelakich od razu wpada mu w oko, na początku ma do niej ojcowski stosunek, potem obiera to inny kierunek. Żeby nie było tak nudno i schematycznie autorka dorzuca nam krąg satanistów, którzy organizują sobie orgie i jako ofiarę wybierają, no zgadnijcie kogo, Madeleine. Jak to się skończy, raczej wiadomo.

Trochę subiektywnie przytoczyłam fabułę ale ona naprawdę jest taka naiwna i nieskomplikowana. Na samym początku przyczepię się do tych satanistów. To było śmieszne i niepotrzebne, rozumiem, że to chęć nadania akcji powieści, ale jeśli już, to niechże to będą naprawdę okrutne typy, opisy ich orgii i tych wszystkich przygotowań wywołały u mnie reakcję tzw. „podniesionej brewki”. Nie kupuję tego. Kolejna rzecz – główni bohaterowie. Tajemniczy hrabia Saint-Germain był męcząco nieskazitelny, a jego bycie wampirem było mało ciekawe. Ot tyle, że się napił krwi i nosił ziemię w butach (to było ciekawe, autorka mogłaby skupić się na takich ciekawostkach). Żadnej głębi w nim nie było. Madeleine wyróżniała się spośród setek innych panien tym, że czasami udało jej się zripostowac jakąś złośliwość. Jej rozmowy z ukochanym hrabią są żenujące („Och mój boski Saint Germain” itp.). Ich miłość bez ikry, namiętności i taka nagła była bardzo nieprzekonywująca. Co najbardziej mnie śmieszyło to wymyślne imiona – Saint-German, Saint-Sebastien, de la Sept-Nuit. Dla nieznającego francuskiego męczące, ja sama się pogubiłam, wszyscy zlali mi się w jedno.

Zaczynam się zastanawiać, co w tej książce mi się podobało. Opisy ubrań, bardzo szczegółowe i plastyczne, to na plus. I chyba jeszcze tylko okładka wydawnictwa Rebis. Ale to już chyba nie zasługa pisarki :) Apeluję, jeśli szukacie lektury o wampirach, już nawet Zmierzch będzie minimalnie lepszy, bo tam się przynajmniej coś dzieje. Jeśli to ma być coś o tradycyjnych krwiopijcach na wzór Draculi, to tylko Anne Rice trzyma poziom.

czwartek, 22 lipca 2010
"Rzym" Steven Saylor

Odkąd pamiętam interesowały mnie książki i filmy związane ze starożytnością, szczególnie właśnie Rzym. Cywilizacja tak młoda a jakże dumna i bogata, miasto którego mieszkańcy czcili setki różnorakich bożków uciskając różnowierców, teraz będące kolebką chrześcijaństwa. Cudowny przykład na „psikus” losu.

Historyk Steven Saylor, autor cyklu „Roma sub rosa” (którego nie dane mi było przeczytać, ale po lekturze „Rzymu” chyba szybko nadrobię braki) zdołał w tym opasłym tomie ująć narodziny Rzymu, jego rozwój, zachodzące zmiany, aż do momentu stania się Imperium pod panowaniem Oktawiana Augusta. Powieść składa się z 12 rozdziałów, które są osobnymi opowiadaniami. Ich łącznikiem jest rodzina Potycjuszów i Pinariuszów – dwa najstarsze rzymskie rody. Bohaterowie nie są postaciami stricte historycznymi ale w tle zawsze pojawiają się legendy jak Romulus i Remus, Tarkwiniusz Pyszny, Cezar czy Marek Antoniusz.

Wszystkie opowiadania są wyjątkowe, odkrywają niezwykłe ciekawostki, rzeczy o których wcześniej nie miałam pojęcia. Wprowadzenie boga Fascinusa, który czuwa nad Rzymem i żyje w amulecie przekazywanym z pokolenia na pokolenie rozbudza wyobraźnie i splata losy mnóstwa ludzi. Co jeszcze mi się podobało, to w każdym opowiadaniu mamy do czynienia z innym bohaterem. Mamy tu patrycjuszy, plebejuszy, westalki, niewolników – całą gamę, przez co można poznać życie w starożytnym Rzymie z każdego punktu widzenia. Saylor, nie upiększa historii, rzetelnie przekazuje zdobytą wiedzę wplatając ją w ciekawe historie przez co naprawdę nie można się oderwać już od pierwszych stron. Autor do każdego opowiadania stworzył mapki obrazujące rozrastanie się miasta. Sama nie wiem co jeszcze napisać, żeby polecić tę książkę. Ostatnio mam dobrą passę jeśli chodzi o lektury, a dla zainteresowanego tymi klimatami – pozycja obowiązkowa.

Co zawsze fascynowało mnie w kulturze rzymskiej to już nie sama mnogośc Bogów ale te ich wszystkie rytuały, wiara w przenikanie się świata przyrody, Bogów i ludzi, niezwykła dbałosc o tradycje. Trochę brakuje tego nam, ludkom współczesnym, niestety.

Ostatnio jakoś mam krzyzys blogowy. Moje recenzje są jakieś drewniane, jak czytam Wasze blogi wiem, że mój się nie umywa ale może moja wiara w to, że zacznę pisac bardziej porywająco przełoży się faktycznie na jakosc pisania. Najbardziej wkurza mnie to, że nie potrafię naprawdę zachęcic do książek, które mnie zachwyciły. Łatwiej mi coś po prostu zjechac. No ale to tylko taki mój "twórczy" bełkot.

piątek, 09 lipca 2010
"Księga Małgorzaty" Judith Merkle Riley

W końcu udało mi się usiasc i napisac chociaż jedną recenzję. Przechodzę teraz burzę zmian w życiu. Mam pierwszą, dumną pracę – kasuję bilety i już niebawem świat usłyszy o mnie jako o mistrzu kasy fiskalnej J Padłam ofiarą oszusta przez co finansowo jestem bardzo do tyłu no i na dniach dowiem się czy dostanę się na wymarzone studia. Wszystko jest w stanie zawieszenia i jestem można powiedziec niczyja dlatego czekam aż wszystko się ułoży J

Tymczasem chciałabym napisac o ostatnio przeczytanej przeze mnie powieści. „Księga Małgorzaty” to trzecia książka Judith Merkle Riley, którą przeczytałam i niestety, najsłabsza.

Akcja toczy się w średniowieczu (coś ta epoka nie chce mnie opuścic ostatnio) a jej główną bohaterką jest Małgorzata, która posiada niesamowity dar uzdrawiania dany jej przez Boga. Prowadzi dostanie życie u boku zamożnego kupca i ukochanego męża, który spełnia jej marzenie i pozwala opisac jej przygody. W tym celu najmują tajemniczego i oschłego brata Grzegorza. Losy bohaterki są naprawdę burzliwe. Małżeństwo z tyranem, oskarżenie o czary, życie w skrajnej biedzie – dużo by przytaczac. Z chwilą kiedy Małgorzata dochodzi do teraźniejszości, historia tak naprawdę się zaczyna.

I tutaj ten największy mankament. Okazuje się, że cała historia to dopiero wstęp, a ja nie lubię wstępów. Szczególnie 300 stronicowych. Mimo w miarę interesująco zarysowanej historii, książka jest o niczym. Małgorzata jest dosyc płaską postacią, najbardziej interesujący jest brat Grzegorz, bo za wiele o nim nie wiemy.

Losy bohaterki nie są wybitne i czytając cały czas miałam wrażenie, że to już kiedyś było. Zbyt dużo przynudzania, zdarzało mi się omijac strony, bo wiedziałam, że nic interesującego nie wyczytam. Brakowało mi tego „czegoś, co było w „Czarze wyroczni” i „Ogrodzie węża”, które mogę polecic z ręką na sercu. Tak sobie myślę, że to może było zaplanowane. Dzieje Małgorzaty z Ashbury składają się z trzech tomów i być może Riley dawkuje przyjemność ale taką akcją może zniechęcic do zapoznania się z dalszymi losami średniowiecznej bohaterki.

Może kiedyś przeczytam dalsze tomy, ale dopiero jak wpadną mi w ręcę, bo sama ich na gwałt nie będę niestety poszukiwac.